środa, 31 grudnia 2014

jak za dawnych lat...

Kończy się rok 2014, ale marzenia pozostają nadal aktualne...
Dlatego życzę przede wszystkim Wam spełnienia większości z nich
nie piszę - wszystkich, by nie zapeszać...:-)


Życząc Wszystkim wspaniałej zabawy sylwestrowej , kończę ten rok
pewnymi utworami, które pochodzą z lat NIEZWYKŁYCH,SZALONYCH I PIĘKNYCH
lat 70-tych, 80-tych, niesamowicie różnorodnych pod względem muzyki...
wracam do nich z radością i znów je odkrywam...jakby na nowo...
i znowu jestem młoda...jak za dawnych lat...








DO SIEGO ROKU !

sobota, 27 grudnia 2014

nowoczesnośc,czyli Małopolski Ogród Sztuki

Wydawałoby się, że wśród starych kamienic Krakowa nie da się nic zmieścic,jeśli chodzi o nowe budynki. Nic bardziej błędnego,architekci są niesamowici jeśli chodzi o wykorzystanie pewnych przestrzeni.
Budowano go ok 7 lat, dotowany z Unii Europejskiej, w 2012 roku uzyskał nagrodę w kategorii dla najlepszej realizacji architektonicznej roku 2012 w Krakowie w Konkursie im. Janusza Bogdanowskiego.
To Małopolski Ogród Sztuki, znajdujący się przy ul. Rajskiej.
"W budynku znajduje się wielofunkcyjna sala teatralno-koncertowo-konferencyjna, która została wpisana w starą halę ujeżdżalni koni z XIX w. By odsłonić zabytkową elewację hali architekt umieścił przeszkloną strefę. Dzięki niej, oraz możliwości otworzenia poprzecznych ścian, Ogród może być odkrytą przestrzenią do plenerowych wystaw, happeningów oraz innej działalności artystycznej".

Ostatnio udało mi się zwiedzic budynek, dzięki uprzejmości znajomego, również od strony, którą nazywają "kuchnią". Niesamowite wrażenie wewnętrznej ciszy, przestrzenności, młodzież zajęta przy komputerach w specjalnych dużych salach.Ogromna biblioteka na dole również robi wrażenie.
Jest takim naszym krakowskim Centrum Pompidou,jak czytam. Może okaże się mniej kontrowersyjny, mam cichą nadzieję.
Może nie każdemu będzie się podobac, jest nowoczesnym, nowatorskim rozwiązaniem architektonicznym, ale jeśli będzie się tam coś ciekawego działo...Mnie się podoba,chociaż na kolana nie powalił mnie, jak to niektórzy określają...Szczególny urok ma budynek wieczorem, wspaniała iluminacja świetlna.:)))
zdjęcia z netu:

                                wejście od ul.Rajskiej
                               wieczorem widac sale zajęciowe,komputerowe 

                               sala kinowa,dla nieco ambitniejszych filmów,niszowych...

                               to już moje zdjęcie,niestety z komórki...:)

                                         plakat dośc ...ciekawy, szczególnie wieczorem robi wrażenie :)

Jeśli ktoś będzie w Kraku, to polecam ten budynek do oglądania, taka odskocznia od znanych zabytków.
Wejście od ulicy Rajskiej lub Szujskiego, gdyż ma kształt litery L.


nowy budynek, muzyka też ....nowa,  przyjemna dla ucha :)



niedziela, 21 grudnia 2014

Magia Świąt Bożego Narodzenia

Magia Świąt Bożego Narodzenia jest szczególna...napełnia nas jakąś wewnętrzną radością, porównywalną z radością, jaką cieszy się każda rodzina na przyjście dziecka.Samo oczekiwanie jest już...radością.
Mimo całej tej nowoczesności, nowych trendów w myśleniu, luzactwa, podświadomie marzymy o udanej rodzinie, bo jakby na to nie patrzeć to nasz PORT, do którego lubimy wracać po różnych naszych życiowych "podróżach", nie zawsze udanych. I tu nas zawsze wita spokój i radość z tego tylko powodu, że...po prostu jesteśmy. Bo tak powinno być w szczęśliwej rodzinie.


Kiedy dziecko się rodzi i na świat przychodzi
Jest jak Bóg, co powietrzem nagle się zakrztusił
I poczuł, że ma ciało, że w ciemnościach brodzi
Że boi się człowiekiem być. I że być musi
Wokół radość. Kolędy szeleszczące złotko
Najbliżsi jak pasterze wpatrują się w Niego
I śmiech matki - bo dziecko przeciąga się słodko

A ono się układa do krzyża swojego

Ernest Bryll


To właśnie tego wieczoru,
gdy mróz lśni, jak gwiazda na dworze,
przy stołach są miejsca dla obcych,
bo nikt być samotny nie może.

To właśnie tego wieczoru,
gdy wiatr zimny śniegiem dmucha,
w serca złamane i smutne
po cichu wstępuje otucha.

To właśnie tego wieczoru
zło ze wstydu umiera,
widząc, jak silna i piękna
jest Miłość, gdy pięści rozwiera.

To właśnie tego wieczoru,
od bardzo wielu wieków,
pod dachem tkliwej kolędy
Bóg rodzi się w człowieku.

Emilia Waśniowska



                                               zdj.z netu


Radosnych i Magicznych Świąt Bożego Narodzenia życzę 
WSZYSTKIM moim blogowym Przyjaciołom






czwartek, 18 grudnia 2014

o rozmowach z ...facetami

Nie jest łatwo czasem rozmawiać z mężczyzną.
Psychologowie radzą, żeby często rozmawiać ze sobą, o problemach też, ale...jak tu rozmawiać, jak men kiwa głową, że tak, że rozumie...a za kilka dni np.dokładnie robi odwrotnie, albo jakby...zapomniał o co tu chodzi...
I znalazłam powód...że to nasza, kobiet wina. Nie umiemy z nimi rozmawiać.To znaczy tak oni uważają... Zacytuję poradę kobiecego portalu:

Kobieta w rozmowie pragnie wyrazić siebie, chce nawiązać z rozmówcą emocjonalny kontakt. Stąd w naszych wypowiedziach zwykle tyle ekspresji: szczegóły się mnożą, wątki krzyżują, co i raz pojawia się jakiś słowny ozdobnik, różne „ochy” i „achy”. Mężczyzna natomiast nawiązuje dialog zawsze w określonym celu: trzeba rozwiązać konkretny problem, to czy tamto omówić, by szybko załatwić sprawę. To dlatego on traci zainteresowanie rozmową, gdy rozwodzisz nad każdym szczegółem.Wniosek: staraj się mówić zwięźle. Gdy streścisz problem w kilku zdaniach, wysłucha cię do końca!

Ileż to razy słyszymy od nich: ACHAAAA...to  tobie O TO chodziło, to czemu nie powiesz tego wprost...
Ręce opadają, burza wisi w powietrzu...i nagle on...
I już jest w sumie OK...śmiejemy się.
Co nie oznacza, że mamy jednak ciężko z tym...wprost....:-)
 
I czasem trzeba sobie dla zdrowia pokrzyczeć muzycznie...:-)





sobota, 13 grudnia 2014

nie tylko Wawel...

Kraków, każdemu w większości kojarzy się z...Wawelem i smokiem. I bardzo dobrze, tylko jest jeszcze coś nie tylko dla ducha, ale i dla...ciała, a konkretnie dla żołądka.To obwarzanek krakowski, który jest również symbolem Krakowa.

                                                 / zdj.z netu /
Obwarzanek został rozporządzeniem Komisji Europejskiej (2010 r.) wpisany do rejestru „Chronionych Oznaczeń Geograficznych” (ChOG).

I ma swoją historię,bo już w XIVw. były wzmianki o jego wypieku na dworze Władysława Jagiełły.
O popularności obwarzanków świadczy bardzo dobitnie przywilej z 26 maja 1496 roku wydany
przez Jana Olbrachta piekarzom krakowskim. Na jego mocy pieczywo białe, a także obwarzanki
(circinellos), mogli piec i sprzedawać tylko piekarze krakowscy (mający swoje warsztaty w obrębie murów miejskich).Dopiero Jan III Sobieski zezwolił na pieczenie ich z tzw. mąki białej piekarzom spoza
krakowskich murów.
Wielowiekowa tradycja wypiekania obwarzanka opiera się na specyficznej recepturze istniejacej
do dziś.Metoda wyrobu składa się aż z 7 etapów, m.in.: dokładnego przesiania mąki, leżakowania czyli
tzw. garowania ciasta w temperaturze pokojowej, skręcania pasków ciasta, zanurzania uformowanego obwarzanka we wrzątku i wypiekania w temperaturze od 280 do 320 stopni C. przez około kwadrans.

Ciekawostką jest to, że aż 99 procent sprzedaży obwarzanków odbywa się na zewnątrz,
wprost ze specjalnych przeszklonych wózków, których w samym Krakowie jest ponad 200.
Czyli tu mamy jakby pewnik,że to nie podróbka...:-)
Mam znajomą, która w drodze do pracy kupuje sobie obwarzanka, przekrawa go potem i  smarując masełkiem robi sobie pyszną kanapkę...ja tam jak mam obwarzanka w rękach, to go od razu rozpoczynam, nie ma czasu na zabawę w robienie kanapki, taki jak jest świeży jest najlepszy.:)
Dzisiaj asortyment dotyczący posypki jest bardziej bogaty niż kiedyś, są obwarzanki nie tylko z solą
 i makiem, ale i sezamem /moje ulubione/, z serem i papryką na ostro...

Jeżeli ktoś odwiedzi Kraków, to patrząc na Wawel, może sobie chrupać obwarzanka, którego kiedyś próbowali sami...królowie.:-)
Czy smok wawelski próbował...tego nie wiem, on podobno zawsze szukał dziewic...




sobota, 6 grudnia 2014

zima nie jest zła...:)

dzisiaj rano przyszła ...


Grudzień jest fantastycznym miesiącem...dla dzieci, a dorośli, szukają prezentów:)
Św.Mikołaj teraz,a kiedyś....tak się zastanawiam...I na podstawie rozmów, tego co słyszę wokoło,
 to jednak wydaje mi się, że to nie ten sam św.Mikołaj, który przychodził do nas dzieci w latach mojego dzieciństwa, /lata 70-te/. I nie chodzi mi o postać.Przedtem to była Jedna Wielka Niespodzianka.
Wyczekiwanie, emocje.
Teraz dzieci mają...żądania. Nie tylko co do prezentu, ale i formy przekazania tego prezentu.Ostatnio usłyszałam jak znajoma śmiała się, że jej córka, lat 10 powiedziała, żeby jej prezentu nie kłaść przypadkiem pod kołdrę,bo...Nie znam tego i nie wiem,czy z tego trzeba się śmiać,czy...
A może ja przesadzam, ale jakoś cenię skromność wśród dzieci i takie "dzieci w dzieciach".
Tak,że święty Mikołaj jak słyszę, ma troszkę życie utrudnione dziś, na razie nie ma zakazu, żądań,by opuścił sanie z reniferami,czy nie wchodził kominem, ale nie wiadomo, nie wiadomo,co będzie za lat kilka..:))
W każdym razie moja wnusia pod koniec listopada,podczas naszego spaceru wyjawiła mi tajemnicę,że napisała list do św.Mikołaja,wcześniej dojdzie...I bardzo dobrze.:)

wspomnienie jesieni...
dziecko zadowolone,to dziecko...wspinające się na różne dziwne rzeczy...D

                                 
                                          dobre miejsce na zdjęcie, ale na chwilę...:))


 * * * *

Już miasto wygląda świątecznie....co roku nowe pomysły...



ZIMA...i muzyka




sobota, 29 listopada 2014

choroba,która zamieniła miasto w twierdzę...

Co jakiś czas czytamy o epidemiach, przeważnie w jakiś tropikalnych krajach,szczęśliwi, że to nie u nas. Historia jednak zna przypadki, że i u nas były epidemie bardzo groźnych chorób...na tyle groźnych, że miasto zamieniało sie w twierdzę. Nie można było z niego wyjechać i zakaz był do niego wjeżdżać.

Rok 1963, lato - Wrocław. Do szpitala zgłasza się pacjent z objawami przypominającymi malarię.
Jednak lekarze nie są pewni diagnozy, a ponieważ pacjent wrócił z tropików, wysyłają go karetką do Centrum Badań Tropikalnych w Gdańsku.Tam potwierdza się diagnoza, że to malaria, ale...czego wówczas nie zauważono, pacjent jest nosicielem CZARNEJ OSPY, zw.ospą prawdziwą /Valiora vera/, bardzo groźnej śmiertelnej choroby. Zdążył on już zarazić salową ze szpitala ,w którym był na początku we Wrocławiu. Po paru dniach umiera jej córka, zarażona wirusem. Coraz więcej pacjentów ma wysypkę, na trop prawdziwej diagnozy naprowadza pewien chłopczyk, który ma znowu wysypkę po przechodzonej już ospie...a drugi raz tej choroby nie przechodzi sie już,więc nie może to być zwykła ospa wietrzna ale.... szokująca diagnoza brzmi - CZARNA OSPA, miasto jest zagrożone.
Przez długie lata komunistyczna propaganda utrzymywała, że pacjentem, który przywiózł wirusa
ospy był student którejś wrocławskiej uczelni będący w Afryce, a prawda była taka, że śmiertelną
chorobę przywiózł wracający z Indii wysoki rangą oficer Służby Bezpieczeństwa wizytujący tam
podległe placówki.

Epidemia spowodowała to, że ludzie bali się jakiegokolwiek kontaktu ze sobą, bali się nawet
podawać rękę na powitanie.

Po 9 tygodniach walki z wirusem Dolny Śląsk i cała Polska mogła odetchnąć, nie zanotowano nowych zachorowań, minął okres kwarantanny,epidemia wygasła.
7 przypadków okazało się śmiertelnych, /w tym 4 to pracownicy służby zdrowia/, 99 pacjentów hospitalizowano.
W roku 1980 Światowa Organizacja Zdrowia uznała czarną ospę  za chorobę eradykowaną,czyli
kompletnie zwalczoną.

Jest jednak małe ALE...
zostają laboratoria wojskowe,w których mogą być przechowywane śmiercionośne wirusy "czarnej pani"...a niedawno, parę miesięcy temu w opuszczonym pomieszczeniu Agencji Żywności i Leków w amerykańskim stanie Maryland odnaleziono pochodzące sprzed 60 lat aktywne próbki wirusa Valiora vera...
Czy tak naprawdę niebezpieczeństwo minęło?


*******
Korzystałam z bardzo ciekawego artykułu z magazynu HISTORIA, odłamu Świata Wiedzy,
wydanie specjalne nr 4/2014 /wrzesień-listopad/.


sobota, 22 listopada 2014

ewenement na skalę światową :)

Jesteśmy w XXI wieku, nowoczesność na każdym kroku, eleganckie sklepy, restauracje i...pewne przybytki, które od ok.stu lat przetrwały w prawie niezmienionym stanie - BARY MLECZNE.

"Samoobsługowe, bezalkoholowe, ogólnodostępne zakłady masowego żywienia, prowadzące produkcję i sprzedaż potraw mleczno-nabiałowo-jarskich, wchodzących w skład posiłków całodziennych" - tak brzmi ustawowa definicja baru mlecznego z 2006 roku i nie odbiega ona od peerelowskiej. W tych lokalach podawano dania, które w dużej mierze powstawały na bazie mąki i mleka. Stałymi punktami menu były kasze, kefiry, makarony, zupy mleczne i oczywiście - ruskie pierogi. Dlaczego właśnie takie dania? Powód jest prosty - niedostatki polskiego rynku mięsnego w czasach PRL-u. /net/

To swoisty ewenement, obiekty, które np.w Krakowie cieszą się dużą popularnością.Ja sama nieraz korzystam,wpadając tam na małe co nieco,wracając z jakiś długich zakupów, albo po pracy.
I powiem jedno, że w takim barze można tanio i smacznie zjeść. Nie wiem,czy w każdym, ale w moim mieście jest ich na tyle dużo, że każdy coś znajdzie dla siebie, ja mam swoje ulubione.
W takim turystycznym, zabytkowym Krakowie, gdzie jest ogromna ilość knajpek,restauracji - skromniutkie bary mleczne są zawsze pełne i studentów i turystów i ...pozostałych, ciekawe, prawda?
Owszem, nie ma już takich ATRAKCJI jak w kultowym MISIU, sztućce i talerze nie są przytwierdzone do stołów na stałe łańcuchem ;))...ale wystrój niektórych przypomina czasy PRL-owskie , co wcale nie zraża stałych klientów, nawet niektórych nastraja nostalgicznie,jak czytałam w necie...
Po prostu bar mleczny daje możliwość wyboru zjedzenia posiłku według stanu, zasobności portfela w danym czasie,ale nie tylko...bo sama widziałam eleganckiego gościa z neseserem...a czemu to w ramach oszczędności nie zjeść i tanio i smacznie?/pomyślał biznesmen/...:))
Ja jeszcze wróżę długi żywot barom mlecznym...

A najsłynniejszy bar mleczny,CENTRALNY, który prosperuje do dzisiaj, mający ponoć dłuższą historię niż słynny posąg Lenina /którego nie ma już/ w Nowej Hucie, wygląda tak :

                                                  zdjęcie z netu /tak wygląda do dziś/

Wywróżyłam barom mlecznym długą przyszłość,a niedługo przecież wróżby andrzejkowe, czyli jestem w temacie jakby...;))

poniedziałek, 10 listopada 2014

piękny jest listopad...mimo wszystko



 
zdj.z netu

Piękny mamy listopad i chyba nie będę miała uprzedzeń do tego miesiąca,jako najbrzydszego w roku...Jest piękny, żółte, rude, zgniłozielone kobierce z liści i dużo słońca, cudnie. Owszem, ślisko jest,ale...
Dzisiaj miałam na sobie cienką kurtkę,jak szłam na zakupy i nie zmarzłam...nawet zgrzana nieco doczłapałam się z powrotem na to moje 4 piętro.Zawsze mi wtedy przemyka myśl: kto wymyślił budynki 4-piętrowe bez windy...

Piękny jest listopad...
mimo,że właśnie mi nawaliło parę rzeczy w domu i znowu niezapowiedziane wydatki, dobrze,że koleżanka mi załatwiła swojego znajomego hydraulika.Znajomy hydraulik przyszedł, rozkręcił to i owo,nieco dokręcił to i owo by mniej ciekło, ma potem przyjść naprawić. Ok.150 zł nie moje...
Uspokoił mnie, że DAMY RADE , powtórzył to nawet dwa razy,bo jak zauważył z uśmiechem, panikuję i widzę czarny scenariusz, jakby był koniec świata i miał za chwile potop być, a to tylko spłuczka nawaliła dowiedziałam się ...całe wnętrze do wymiany.
Oj tam, ja tylko widzę czasem...inaczej, a na hydraulice się nie znam, lało mi się tam gdzie nie trzeba to widziałam czarny scenariusz - siebie na pływającej wersalce..:-)

Teraz mi się przypomniał wesoły scenariusz - w naszym zakładzie remontowali jeden pokój...i zapędzili się fachowcy, przebili się wiertarkami przez ścianę do pokoju obok...Znajoma wybiegła, że ma dziurę w ścianie...haha, dobrze, że plecami nie była oparta o tę ścianę...bo...
Jak w komedii Barei...dosłownie.Nawet jeden z tych fachowców jest podobny do J.Kobuszewskiego...jak sobie to przypomnę,to mam napad śmiechu...D

Na listopad - piękne,spokojne utwory,
od zawsze ze mną...








piątek, 7 listopada 2014

komedie romantyczne

Dlaczego mężczyźni nie lubią komedii romantycznych?
Czasem tak się zastanawiam, bo co któregoś znajomego zapytam, to widzę wyraźnie skrzywienie twarzy...
Ja osobiście lubię ten gatunek,ale...wolę klasykę, to znaczy starsze amerykańskie filmy (Bezsenność w Seatlle, List w butelce, Pretty Woman i inne), nie jestem entuzjastką polskich komedii romantycznych, niestety,tu nie powiem,że dobre,bo polskie.
Panowie zarzucają temu gatunkowi brak konkretnej fabuły, mdłe bohaterki (hm...)...no nie wiem co jeszcze, ale czy tak naprawde jest, czy każdy facet nie chce sie do tego przyznać,że czasem miło jest ogladnąć spokojny, nastrojowy film, z dobrym podkładem muzycznym, bo tak czasem jest, w miłym towarzystwie na przykład ?
Wydaje mi się, że ocenianie filmu według gatunku krzywdzi niektóre naprawdę dobre filmy, bo w każdym gatunku bywają swoiste perełki...i śmieci. Jest dobry, albo zły film...a nie gatunek.









sobota, 1 listopada 2014

o pewnej...pracowitej świętej

Niektórzy z nas mają swoich ulubionych świętych, do których modlą się, proszą o pomoc, wsparcie duchowe i in.Tak naprawde wiedza o życiu świętych jest uboga, a są to ciekawe historie, poparte faktami opisanymi przez historyków.
Najczęściej święty kojarzy nam się z kimś, kto umarł śmiercią męczeńską, albo prowadził życie bogobojne,umartwiając się codziennie, pokutując, żyjąc w głębokiej ascezie.
O ile może by się znalazło kilku takich świętych, bo byli, żyli tak...o tyle wielu z nich było normalnymi ludźmi, ale mimo, że ich życie bywało trudne...odnajdywali w nim sens i inspiracje.Nie umartwiali się, ale wręcz przeciwnie starali się to życie przeżyć jak najbardziej zdrowo i zgodnie z naturą...i z tej natury czerpać najwieksze korzyści. Potrafili jakby wyprzedzać swoją epokę pod względem myślenia, zdobywania wiedzy.
Była taka święta,której życiorys jest bardzo ciekawy,inspirujący.
To święta Hildegarda, benedyktynka.Bardzo ciekawa postać, żyjąca w średniowieczu, na
przełomie XI i XII .To słynna prekursorka ziołolecznictwa, zdrowego odżywiania. Uważała,że
przyczyną wielu chorób był brak harmonii miedzy duchem a ciałem.

Tak zastanawiając się głębiej...to szczera prawda....jak to przecież zawsze mówiono- w zdrowym ciele zdrowy duch.:-)
"Przez wiele lat kierowała klasztorem benedyktyńskim w Bingen i opiekowała się chorymi, którzy zawsze znaleźli u Niej schronienie. W zachowanej do dziś autobiografii św. Hildegardy znajduje się wzmianka, że już jako mała dziewczynka miała dar widzenia aury roślin i dlatego, gdy dorosła, zajęła się zielarstwem i leczeniem, twierdząc, że jej wiedza pochodzi wprost od Boga."
Krążą nawet plotki, że część rękopisów świętej jest przechowywana w ukryciu przez Związek Farmaceutów Niemieckich. Czy chodzi o niepublikowane dotąd dzieła Hildegardy? Tajemnica oczekuje wyjaśnienia.

Pobyt w klasztorze św.Benedykta, nauki tam pobierane ,wywarły wpływ na całe jej życie...a przecież zaczęła te nauki pobierać jako zaledwie 8-letnia dziewczynka, bo w tym wieku znalazła się w klasztorze...

Nie jest to post o życiu świętej Hildegardy, ale bardziej mnie zainspirowała jej postać pod wzgledem ogromnej haryzmy w dążeniu do zdobywania wiedzy, mimo niełatwego dzieciństwa...to nie jest święta, która spędzała czas tylko na modlitwach,ona przez całe swoje życie doskonaliła się,wydała wiele dzieł filozoficznych, medycznych, z dziedziny ziołolecznictwa, to bardzo energetyczna postać,jak czytam jej życiorys.

I tak się zastanawiam...czy jak ktoś twierdzi, że nie ma warunków do nauki, bo...ciasno,brak tego i owego...to ma rację?







warto przeczytać o Hildegardzie :
http://www.hildegarda.pl/hildegarda.php

i jeszcze jedną ciekawostkę znalazłam :
W medycynie Hildegardy uniwersalnym środkiem na wszystkie dolegliwości żołądkowo-jelitowe jest koper włoski.Jest on bardzo bogaty w witaminę C. Zawiera spore ilości potasu, który obniża ciśnienie tętnicze i chroni przed uszkodzeniami naczyń krwionośnych, udarami i zawałami. Syrop z kopru włoskiego pomaga przy męczącym kaszlu, napar  z kopru łagodzi dolegliwości grypowe. Niezależnie od tego, w jaki sposób jest spożywany, koper włoski sprawia, że człowiek jest wesoły, koper obdarza go przyjemnym ciepłem, dobrym potem i dobrym trawieniem (…) Albowiem kto codziennie zjada naczczo koper włoski lub jego nasiona [pastylki z kopru włoskiego], zmniejsza ilość złego śluzu lub zgnilizny w sobie i osłabia nieprzyjemny zapach oddechu. (…) Kto po zjedzeniu smażonego mięsa, smażonej ryby lub też innych smażonych potraw odczuwa ból, ten niech zje odrobinę kopru włoskiego, a wtedy poczuje się lepiej- pisała św. Hildegarda.


środa, 29 października 2014

daleko od tłumu...

Nasze życie biegnie wartką strugą,chociaż w młodym wieku wydawało mi się, że czas biegnie powoli.
Teraz odwrotnie, tydzień mija za tygodniem bardzo szybko.I znowu nadchodzą ...pewne święta.
Pójdziemy na groby,by wspomnieć bliskich zmarłych, a mnie jakoś odpycha od tego tłumu...chociaż jeszcze parę lat temu lubiłam odwiedzać groby, czuć tę atmosferę, szczególnie pod wieczór...

Może wolę wspominać zmarłych RODZICÓW uśmiechniętych,wesołych ...
Mamę krzątającą się w kuchni, albo kiedy sobie jako dorosłe już obie kobiety, siedziałyśmy przy kawie...a Tatę przy wesołej rozmowie, bo wesoły był zawsze...i lubil śpiewac piosenki partyzanckie...i rozwiązywać krzyzówki. Może tak wolę, a nie przeciskać się przez tłum, by stanąć nad grobem...by łzy jakoś tak same popłyneły...by smutek był panem i władcą na tę chwilę?...
Chodzę czasem sama na grób Rodziców...i więcej mnie jest tam, niż w to święto. Może nie powinnam tak pisać...ale tak ostatnio czuję.I nic na to  nie umiem poradzić...Jestem bliżej mojej kochanej Mamy i Taty w zwykły dzień.
Niemniej jednak staram się zrozumieć tych...co mają daleko,a wolny czas pozwala odwiedzić bliskich.



niedziela, 26 października 2014

bawmy się,śmiejmy się ;-)

Kiedyś, za moich młodych lat lubiliśmy się bawić w gronie koleżanek, kolegów udając słynnych piosenkarzy, albo przedstawiając jakieś humorystyczne scenki , najczęściej na zajęciach pozalekcyjnych...Parę razy udało nam sie odegrać parę skeczy, które nieźle rozśmieszyły nauczycieli oglądających potem te nasze pokazy. Były takie szkolne konkursy.Jeden był nawet sfilmowany, pewnie gdzieś w archiwum szkoły jest...kto wie.Miło mi było zbierać potem gratulacje, że jestem super jako członkini mini kabaretu, który odgrywaliśmy - ja, koleżanka i kolega.Niestety, nie poszłam dalej tą drogą, ku kabaretom,taki talent poszedł na marne...echhh...D

W telewizji Polsat pojawił się ostatnio program,który mi przypomniał tamte lata i wywołuje uśmiech...znani piosenkarze odgrywają innych znanych artystów estrady.
Niektórzy robią to nawet całkiem nieźle,a nawet znakomicie bym rzekła, lepiej od oryginałów...:-))
Artyści śpiewają własnym głosem...

zacznę od lekkiej muzy,a co...




przechodzę do artysty, którego oczy.....zauroczyły mnie,oprócz głosu....;-)



doskonała Kasia Skrzynecka jako...



Żeby wyglądać podobnie do oryginału, aktorzy, piosenkarze poddają się parogodzinnej stylizacji : smarowanie,doklejanie tego i owego...ja bym nie wytrzymała chyba... byłam już zmęczona samym patrzeniem na tę stylizację od warsztatowej strony...
Może dobra zabawa,szczery śmiech, jest wart tego. Po prostu.

środa, 22 października 2014

Niedzielny rosołek, czyli protest song...


Jesień nastaraja do refleksji,wspomnień...i naszła mnie pewna refleksja.

Dotyczy ona wspomnień o domu rodzinnym, czasach dzieciństwa.Wspomnień, gdzie niedziela była dniem szczególnym, świętem rodzinnym. Większości, także i mnie, kojarzy się ze wspólnym obiadem /pyszny rosołek z makaronem domowej roboty, kotletem schabowym, z ziemniakami i surówką, kompotem, czyli tradycyjny polski obiad jak to mówią /.
Rano,umówiona z koleżankami szłam na 9.00 do kościoła na mszę dla młodzieży. Jakże przyjemnie było wracać do pachnącego obiadem domu...Wejście do kuchni oczywiście zagradzało leżące wpatrzone w Mamę wilczurowate psisko, któremu przyjemnie było wdychać obiadowe zapachy...Żeby wejść do środka, musiałam po prostu przesunąć jakby przylepiony na stałe do posadzki tułów upartego zwierzaka, to było jego miejsce...dobrze,że chociaż przesunąć się pozwolił...dobre i to...mogłam się napić kompotu nareszcie...ufff. Mama śmiała się, że przeszkadzam mu w obserwowaniu przygotowań do obiadu...Takiego bezczelnego osobnika miałam, ale był kochany...mimo wszystko.:)

Ale do czego zmierzam - dużo ludzi wykpiwa tamte czasy, jak czytam na niektórych blogach...Kościółek, rosołek...taki schemacik, pole do drwin...A zapominają, że ten dom, był bardziej rodzinny, wszyscy przy stole, bo obiad był też i spotkaniem rodziny, po tygodniu różnych zajęć i wieczornych powrotów do domu...niż niejeden dzisiejszy dom, w którym zieje zimnem.Mimo nowoczesności, często nie mamy nic sobie do powiedzenia.
Tak samo jak z sąsiadami się bliżej było,ot chociażby w lecie wieczorne pogaduchy na ławce...
Nie myślę tu oczywiście o rodzinach, w których dzieci wyjechały za granicę by się uczyć...tu wiadomo, kontakt jest utrudniony, ale jeśli młody człowiek odwiedza czasem dom rodzinny...to o czym marzy najwięcej jak słyszę?...o domowym rosołku i pierogach...a tak. Bo to jakby symbol domowej atmosfery.

NIE MOŻNA kpić, śmiać się z tamtych czasów, bo jakby się kpiło z własnych rodziców. Tak było, taka była tradycja...ale czy ludzie byli gorsi?..nie było komputerów, telefonów komórkowych...a jednak wszyscy byli jakby...bliżej siebie.


Żal

Żal że się za mało kochało
że się myślało o sobie
że się już nie zdążyło
że było za późno

choćby się teraz pobiegło
w przedpokoju szurało
niosło serce osobne
w telefonie szukało
słuchem szerszym od słowa

choćby się spokorniało
głupią minę stroiło
jak lew na muszce

choćby się chciało ostrzec
że pogoda niestała
bo tęcza zbyt czerwona
a sól zwilgotniała

choćby się chciało pomóc
własną gębą podmuchać
w rosół za słony

wszystko już potem za mało
choćby się łzy wypłakało
nagie niepewne

            
ks. Jan Twardowski


Powtórzę za Perfectem : WSZYSTKO MA SWÓJ CZAS...





 **************
Ja jeszcze zacytuję fragment (ten rymowany) pewnego komentarza, który przeczytałam na pewnym blogu, napisany przez kobietę...
i zastanawiam się,czy pójście do kościoła jednak mi nie zaszkodzi...;D
"Gdy do kościoła się nie chodzi to na mózg mu nic nie szkodzi a jak się chodzi to wszędzie kurwiszony się widzi ...;-)))"
teraz się boję, że po wyjściu z kościoła coś zobaczę....hm...D

 

sobota, 18 października 2014

koleżeński zryw...

Bedę dalej w temacie zespołu 2 plus 1, gdyż z pewnymi utworami wiążą się moje humorystyczne wspomnienia.
Zespół śpiewał jedną z piosenek do filmu "W pustyni i w puszczy".
Teraz wspominam z uśmiechem,ale wtedy...ileż emocji mnie to wszystko kosztowało...



A wszystko zaczęło się z chwilą ukazania się w kinach filmu na podstawie powieści H.Sienkiewicza ''Wpustyni i w puszczy". Książka, jako lektura,zauroczyła mnie, przyznaję, a lektur nie lubiłam,tak naprawdę...i jeszcze film...też wtedy dotarł do mnie. Z wypiekami na twarzy śledziłam losy bohaterów,a szczególnie zainteresował mnie wtedy, zresztą nie tylko mnie, połowę koleżanek z klasy też...Tomasz  Mędrzak, odtwórca głównej  roli Stasia. Byłyśmy jego fankami,zazdrościłyśmy filmowej Nel, że jest tam z nim,w tej Afryce...a nie np.któraś z nas.Wycinałyśmy jego fotosy z gazet, był wtedy taki magazyn FILM i EKRAN.
I pewnego dnia, przeczytałyśmy krytykę w gazetach,dotyczącą gry Tomasza Mędrzaka jako Stasia. Nożżesz...krew w nas się wzburzyła, bo my dwa razy ten film obejrzałyśmy dla Tomka...a tu jakieś krytyki, że sztucznie zagrał, że nie taki był bohater sienkiewiczowski...i jakieś inne jeszcze zarzuty...

Nie mogłyśmy tak tego spokojnie zostawić...O NIE. Zebrałyśmy się we trzy...i napisałyśmy do telewizji pismo.Odpowiednie, co sądzimy o tym panu, który śmie krytykować NASZEGO IDOLA.
Nie dostałyśmy odpowiedzi, ale to nieważne, czułyśmy sie jakoś lepiej, jakoś tak bliżej...naszego bohatera.Czułyśmy się wspaniale.
Rodzice oczywiście nic nie wiedzieli...to była tylko NASZA akcja...:-)
A piosenkę powyższą puszczałyśmy sobie parę razy na dzień...nawet teraz po latach nie straciła na uroku.Tak myślę.

Muzyka filmowa to osobny rozdział...wiele jest takich...niezapomnianych melodii, piosenek...

Druga wersja, późniejsza tego filmu, już mnie tak nie zachwyciła, chociaż piosenka Beaty Kozidrak jest super...




środa, 15 października 2014

Był sobie pewien zespół...

Był sobie kiedyś zespół, którego piosenki nuciła cała Polska,a oczy niejednego mężczyzny były wpatrzone w piękną wokalistkę...

Tak sobie ostatnio słuchałam tych utworów...
Jest wśród nich jeden szczególny, wzruszający, może dlatego,że smutne były losy wokalistki, Elżbiety Dmoch - nieszczęśliwa miłość, nieudane małżeństwo, śmierć kochanego mężczyzny  i depresja, życie w samotności...Większość zna tę sprawę z mediów, z telewizji...



Myślę, że warto przypomnieć sobie zespół 2 plus1 i niektóre największe przeboje, na przekór JESIENI... pochmurnym dniom.Mają w sobie dużo radości.







W roku 1971,w grupie 2 plus1 śpiewał Andrzej Rybiński, współtworca tego zespołu...a jeden z jego utworów bardzo czesto sobie nucę, przyznaję...bo jakby troszkę identyfikuję się z tekstem, albo nazwijmy to inaczej - jakoś tak łatwo dociera do mnie ...;-)

Wschodami gwiazd i zachodami
Odmierzam czas liści kolorami
Odmierzam czas, nie używając dat.
 

Czekaniem na niespodziewane,
Straconych szans rozpamiętywaniem,
Odmierzam czas, nie używając dat.


Nie liczę godzin i lat,
To życie mija, nie ja.
Bliżej gwiazd, bliżej dna
Jestem wciąż taki sam
Wciąż ten sam.

 /fragm./



I nieważne,że puszczają go często w radiu...:-)

Te utwory będą do nas wracać, ciągle...i wciąż, a wraz z nimi obrazy z tamtych lat...



środa, 8 października 2014

wyobraźnia

Wyobraźnia – to zdolność do tworzenia wyobrażeń twórczych, przewidywania, uzupełniania i odtwarzania oraz zdolność przedstawiania sobie zgodnie z własną wolą sytuacji, osób, przedmiotów, zjawisk itp./net/

Właśnie ta zdolność odtwarzania, przedstawiania sobie zgodnie z własną wolą sytuacji...dość opornie mi wychodzi, gdy patrze na:



Nie wiem jak Wy, ale ja miałabym WIELKI problem przejść tą ulicą...a nawet gdyby...to zaliczyłabym niejeden upadek...Jakby tu wyobraźnia działała w drugą stronę...:-)

Szacun dla niezwykłych ulicznych twórców obrazów - iluzji  3D.
Są niesamowite.


***

 coś z nowości :-)







piątek, 3 października 2014

starość nie radość....

Nie lubię chodzić do lekarza, ale czasem , żeby moja pani doktor zapisała kolejne recepty na leki na nadciśnienie, muszę niestety ją odwiedzić, nie ma zmiłuj się.Kiedyś podawałam karteczkę z nazwą w rejestracji i na drugi dzień odbierałam receptę..Teraz już tak nie ma lekko.
Miałam przy okazji zrobić badania...takie ogólne.
Wchodzę zatem, zadając pytanie lekarce, /którą lubię tak naprawdę, nie raz sobie pogadałyśmy o tym i owym,jesteśmy w podobnym wieku/, czy na podstawie dostarczonych wyników będę żyć. Widzę wesołe spojrzenie...i słyszę :
 - hm...co my tu mamy, obżarstwo, lenistwo...nic dodać nic ująć, mało ruchu, LDL trochę podwyższony, trójglicerydy...
- Aż tak? zrobiłam minę nr 5 tzw. dobrą do złej gry...mówiąc, że owszem, czasem jem słodycze, smażone mięso...bo lubię, nie ukrywam, ale...
- Ale tego "czasem" ja tu w wynikach nie widzę...widzę tu obżartucha.../no masz.../
- Oj tam pani doktor, jestem już stara ,to i metabolizm gorszy...
- No tak,bardzo starą babę tu faktycznie widzę, popatrzyła na mnie...taaak, to fakt...D
- daleko ma pani do autobusu do pracy?
- nie, na szczęście  /martwi sie o mnie, dobra kobieta.../
- szkoda...to za dużo ruchu tu nie ma pani...
- no nie mam...i siedzę w tym autobusie ok 30 minut, bo to jego drugi przystanek,miejsca są...;-))


No cóż...w sumie sceptycznie podeszłam do tego wszystkiego...z niewielką dozą jednak optymizmu, że mam szanse nieco obniżyć ten LDL...jak sie postaram,organizm zaczął stroić fochy...cholerka. Mam zapisane coś na obniżenie, ale samymi lekarstwami tego nie zbiję...to wiem.

Żyjemy w stresie, od którego wszystko złe się bierze, często zajadamy ten stres i oto skutki...Dodając do tego genetykę,bo niestety dziedziczymy najczęściej po przodkach to co gorsze (odwrotnie do psów podobno,one po przodkach dziedziczą co najlepsze i dlatego najsilniejsze zdrowotnie są...kundelki, kilka ras w sobie...D)...to wesoło nie jest. Trzeba się nieźle napocić zatem, żeby wszystko grało w organizmie.


a na stres...piosenka, może nie na temat,ale...ostatnio podoba mi się...:-)






niedziela, 28 września 2014

jak...kolorowe motyle

Chciała nareszcie uporządkować zdjęcia, które pozostały nie wsadzone do albumu. Przeglądając je jeszcze raz,uśmiechała się.Na samym końcu zostało jedno, które kiedyś dawno miała wyrzucić, jakoś zwlekała.
By szybciej zapomnieć?...Tak jakby to od zdjęcia zależało...głupia.
Teraz po latach spokojniej patrzyła.To dziwne, że właśnie jesienią natrafiła na tę fotografię, która przypomniała...o pewnej jesieni.
Ty, rdzawy płomień w kominku, muzyka naszej młodości w tle, wyborna nalewka z pigwy, słodka...
Tak, to były te CHWILE, które opisywane w książkach "trącają" harlequinem. Ale harlequinem nie były...
To jak zachody słońca, fotografie przeniesione na ekran wyglądają jak kolorowy kicz, a przecież kiczem nie są, gdy na żywo się na nie patrzy...

Chwile jak latawce...porywane przez wiatr...
są piękne, ale jak trudno je zatrzymać...
są po latach jak kolorowe motyle, które czasem siadają na naszym ramieniu.




*****






JESIEŃ...to też babie lato....




Tylko raz czas się dla nas zatrzymał w środku dnia
Roztańczyła się wokół ognia ćma
Gdy mną byłeś, a tobą byłam ja
Tylko raz...


Tylko raz...
Tyle razem szumiało nam łąk
I przed słońcem nie cofał się wzrok


Chwila żyła, chwile i rok...


/fragm./



wtorek, 23 września 2014

Na grzyby,ale...

Nie wiem jak Wy, ale ja lubię zbierać GRZYBY, lubię potrawy z nich takie jak zupy,sosy, grzybki marynowane, ale...ale tak naprawdę boje się grzybów, dlatego co nie jest brązowe, podobne do podgrzybka, borowika, kozaka...nie zbieram..Zresztą teraz jakoś nie zbieram w ogóle...ale wiedzieć warto.

Ostatnio byłam na małym wykładzie o grzybach...tak naprawdę to temat rzeka. Ci co się znają, mają radość, bo grzybów jadalnych jest mnóstwo i różnych odmian...ja tam wole te tradycyjne.
Jeśli lubimy zbierać grzyby,a nie znamy się,najbezpieczniej jest zbierać rurkowe, takie jak kozaki, podgrzybki, borowiki...inne, te blaszkowate, mogą być też jadalne, ALE TYLKO RAZ.;-)
Bardzo dużo pomyłek zdarza sie tym, którzy muchomora sromotnikowego biorą za pieczarkę polną, jadalną...i tu o krok od tragedii. Muchomory, ich trzon,w przeciwieństwie do pieczarki i innych jadalnych grzybów znajduje się w  tzw.pochwie...co wyraźnie widać na zdjęciu. /z netu/.



a to pieczarka


Dlatego wykręcajmy grzyba, by zobaczyć, czy trzon jest w pochwie...jak jest ,wyrzućmy, a najlepiej pieczarki kupić w sklepie.

Nawet taka zbierana i lubiana opieńka miodowa,zawiera toksyczną substancję, dlatego powinno się ją po umyciu obgotować i pierwszą wodę odlać....by potem nie mieć problemów żołądkowych.
Często zbierając grzyby, próbujemy je,czy są np.gorzkie. Nie polecają tego specjaliści, grzyby
leśne mają częsty kontakt ze zwierzętami, które przenoszą różne bakterie, poprzez np.swoje wydzieliny.

Dowiedziałam się ponadto, że niektóre odmiany grzybów,mogą nam zaszkodzić już po powąchaniu ich...tak są toksyczne...na szczęście są to bardzo rzadkie gatunki.
Grzyby mogą być bardzo niebezpieczne również z tego względu,że...objawy zatrucia uzewnętrzniają się niekiedy dopiero po dwóch tygodniach od zjedzenia...tak powoli niszczy organizm trucizna...po tym czasie,całkowicie uszkodzona wątroba, nerki...prowadzą juz tylko do śmierci. Człowiek nieświadomy zniszczenia organizmu w tym czasie, bóle brzucha tłumacząc złą dietą, jest nie do uratowania.Są takie podstępne gatunki.I dlatego NIE WARTO RYZYKOWAĆ życia dla jakiegoś grzybka, który nas zaciekawił.

Poza tym grzyby są niepodważalną, niezaprzeczalną ozdobą lasu, pomijam kwestię pasożytowania na drzewach...;) Tak sobie pobuszowałam po necie i ...
nazywa się to zjawisko świeżnica. 


A tak już mniej serio, to powstały nawet nowe przysłowia o grzybach...:-))

Ciekawość to pierwszy stopień do znalezienia grzyba.

Cierp ciało, kiedy ci się muchomora chciało.

 Co grzyb, to robak.

 Daj mu grzyba, a on cały koszyk chwyta.

 Grzyb z grzybem się nie zejdzie, ale grzybiarz z grzybiarzem zawsze.


I pamiętajmy, że grzybiarz ma coś z sapera, też myli się TYLKO RAZ.....;-)
 



czwartek, 18 września 2014

pozytywna energia,mimo wszystko :)

 Powoli odchodzi LATO ...i zaczyna to do mnie WRESZCIE docierac.:)))

Wokoło  mix kolorów, pięknie jest, dostrzegam to mimo naprawdę WIELKICH rozkopów w moim mieście. Koło mojego bloku z dwóch stron wymieniają chodnik...idę do autobusu trzecim wyjściem, wyznaczonym barierkami ...szczęśliwa, że jakoś dojdę...mogliby tu kręcic jakiś wojenny film,pełno gruzu...na przeciwległej ulicy to samo, krajobraz...jak po bitwie.
Mimo tego,dostrzegam piękno przyrody letnio-jesiennej, ostatnio właśnie uwagę moją zwróciły piękne krzewy, które "namierzyłam" komórką.Wysiadłam na tę okolicznośc przystanek bliżej...Nie wiem , nie znam nazwy, może ktoś z Was zna...ale zauroczyły mnie. Takie "jarzębinki".



Jakaś taka pozytywna energia weszła we mnie...na pewno dzięki pogodzie, ale byc może też...z kupna nowych butów ?...no nie wiem...


Jak pozytywna energia, to i taka muzyka, wiadomo z jakich lat....:)))






sobota, 13 września 2014

Nie wytrzymałam

Znalazłam przypadkiem na naszej kochanej YT pewien materiał, który spowodował , że moje ciśnienie bardzo niebezpiecznie wzrosło...




Pomijając styl toczącej sie w studio dyskusji i jej poziom...zastanawiam się nad jednym - jak można dzieciom w przedszkolu w ten sposób manipulować wyobraźnią, tworząc taki obraz szczęśliwej rodziny.Po rozwodzie rodziców szczęśliwe dziecko /co rozstanie matki z ojcem już jest dla dziecka niezrozumiałe w tym wieku/,ma tłumaczone, że homoseksualizm to piękny rodzaj miłości. I czyta tekst komiksu nic z niego nie rozumiejąc tak naprawdę.
Dla dziecka paroletniego, pokazywanie szczęśliwej rodziny jako rodziny gejów,wypacza jego wyobrażenie o rodzinie tradycyjnej, ono w tym wieku będzie rozdwojone...bo nie potrafi przecież pewnych rzeczy sobie uporządkować, jest po prostu za małe.
Jak można taki komiks wykorzystywać jako pomoc dydaktyczną dla 4,5 latków.
Pani Seniszyn swoim wkurw...głosem stwierdziła, że to normalne i popularyzowane na świecie...i jakoś nie dziwię sie Cejrowskiemu ,że nie wytrzymał...pomijając to, że nie ze wszystkim się z nim zgadzam.
Nie wiem,ale wydaje mi się,że dzieci coraz mniej mają tego...dzieciństwa.
To,że dzieje się to w Niemczech, wcale mnie nie pociesza...

środa, 10 września 2014

ślub

Jeszcze niedawno pracowałam m.in.z bardzo młodymi ludźmi, niektóre dziewczęta już powychodziły za mąż...słuchałam o ich przygotowaniach do ślubu, oglądałam albumy z zamówionymi pięknymi sukniami ślubnymi, potem sesje zdjęciowe na ekranie komputera, teraz oglądam zdjęcia z ich  maluchami...taka kolej rzeczy, czas leci, wszystko wokół zmienia się...
Zmienia się też podejście do wielu kwestii dotyczących tematu ślubu, np.wyboru sukien ślubnych.Właśnie ostatnio usłyszałam wśród znajomych , że powinno się nie przesadzać z sukniami ślubnymi, bardzo drogimi  w tradycyjnym kolorze białym albo ecru, gdyż ostatnio pokazywali reportaż o tym, że ślub jest czymś nie wymagającym aż takiej oprawy,wystarczy jakaś zwykła sukienka, nawet we wzory,dwóch świadków i też można sobie powiedzieć sakramentalne TAK.....I tu były zdania podzielone...Większości oprawa ślubu jako uroczystości podoba się...Młoda dziewczyna /bo o młodych tu piszę/ na pewno przepięknie wygląda w tym dniu,w sukni z welonem czy to w kolorze śnieżnej bieli czy ecru...bogate przyjęcie,weselisko na 100 par to już indywidualny wybór...


                                               zdj.z netu

Jest i druga strona medalu...bo bardzo często twierdzi się, że im bardziej wystawny, huczny ślub,tym     szybszy rozwód. Nie wiem, bo rozwód jest skutkiem bardzo wielu sytuacji...to życie pisze scenariusze.
W sumie tak naprawdę istota ślubu nie tkwi w samej uroczystości, ubiorach, ilości gości, tak naprawdę,to jest jakby dodatek...a jednak czasem jest odwrotnie....

Jakby na to nie patrzeć ŚLUB jest tak naprawdę wielką uroczystością, która w każdej szerokości geograficznej wygląda inaczej. Nierzadko jest on jakby interesem obu rodzin...niestety.

Czytając ciekawostki o ślubnych ceremoniach, stwierdziłam, że w Polsce jeszcze nie mamy ich aż tak udziwnionych jak w niektórych krajach, gdzie nieraz trwa ona aż tydzień...Jest to uwarunkowane wielowiekowymi tradycjami.

ciekawostki wyczytane w necie:

...w Maroku Panna Młoda przed zaślubinami bierze oczyszczającą kąpiel w mleku,
 

..."śluby w Egipcie są aranżowane przez rodziców. Według egipskiej tradycji, która wciąż jest często praktykowana, to rodzina pana młodego oświadcza się wybranej przez siebie pannie."
 

...w Republice Południowej Afryki znakiem do rozpoczęcia wspólnego życia nowożeńców jest moment, gdy rodzice Panny Młodej i Pana Młodego przenoszą ze swych domów ogień i za pomocą pochodni rozpalają go w domu nowożeńców. Symbolizuje on żar miłości, który pali się w sercach nowego małżeństwa.
 

...w niektórych chińskich rodzinach praktykowanym zwyczajem jest ten, gdy Para Młoda klęczy przed rodzicami i w tej pozycji podaje im herbatę. Jest to kolejny symboliczny gest, prośba o ostateczne pozwolenie na zawarcie związku małżeńskiego.
 

...w dniu ślubu japońska Panna Młoda jest malowana od stóp do głów na śnieżnobiały kolor, wyraźnie w ten sposób deklarując bogom swoją „czystość”.
/nie wiem,czy bym tak chciała być pomalowana cała na biało :), a poza tym, dlaczego i Pan Młody w ten sposób nie deklaruje swojej czystości...hm...D /

więcej na ten temat na stronie:
http://www.planowaniewesela.pl/warto_wiedziec/slub-w-roznych-kulturach-i-religiach




wtorek, 2 września 2014

Ptakom podobni

Lubie patrzeć na ptaki szybujące pod niebem, najlepiej jak jestem za miastem.Zawsze wzbudza we mnie ten widok jakieś poczucie podziwu, ale i zazdrości.
Ja, człowiek współczesny, korzystający ze wszystkich możliwych dobrodziejstw cywilizacji, patrzę na ptaka i...moja wyobraźnia , moje drugie "ja", moje jakieś wewnętrzne poczucie dzikości, wolności każe mi podnieść głowę i być choć na chwilę TAM ...bliżej nieba.Rozłożyć skrzydła i poddając się podmuchom ciepłego wiatru...lecieć....
Zawsze dzikość kojarzy się z czymś prymitywnym, ale myślę, że jest to pewna potrzeba człowieka powrotu do natury, bycia z nią w różnej bliskości.
Survivalowcy wybierają najbardziej ekstremalne warunki, u nich ten zew natury działa najsilniej.Nie wiem, chęć sprawdzenia siebie, poznania nieznanego? bycia wolnym?...Różnie te szkoły przetrwania się kończyły, ale zawsze człowiek będzie próbował, zawsze cywilizacja, jej pułapki,dla niektórych "złota klatka", będzie przyczyną, powodem,będzie wypychała go ku prymitywnej naturze.Gdzie tylko las i woda...ptaki i motyle...

Betonowa dżungla jest naszym tu i teraz...ale patrząc na ptaki, nasza malutka cząstka jest tam z nimi...

patrzę,słucham...i jestem ptakiem...







poniedziałek, 25 sierpnia 2014

moja półka

Kobieta tak naprawdę NIGDY nie jest zadowolona ze swojego wieku i wyglądu. Zawsze znajdzie jakieś mankamenty, jakies minusy...Już tak mamy.Producenci kosmetykow zatem dwoją sie i troją by nam pomóc, /sobie też/, bo na niektórych opakowaniach wyraźnie pisze,że kosmetyk jest antystresowy lub np.modelujący twarz czy biodra. Po co ćwiczenia, smarujemy się na wieczór i rano wstajemy WYMODELOWANE. Cudnie.Wklepujemy krem brązujący, nakładamy puder z drobinkami złota i niczym złota figurka Nefretete wkraczamy w kolejny dzień.Opalone,wymodelowane,odstresowane.
Wystarczy dokładnie przejrzeć półki sklepowe.Nie ma co narzekać...Stajemy przed półką z kremami i tu mamy segregację od kremów dla wieku 20+ do 70+.

Mijam spokojnie kolejne półki, jedną,drugą,trzecią...czwartą....jest, jest moja półka 50 +. Z żalem patrzę na półkę poprzednią, ale trudno...koncentruję sie na "swojej" półce, najważniejsze, żeby nie sięgnąć na półkę następną przez pomyłkę... trzymamy się stricte naszej półki, powtarzam sobie jak mantrę, widzę szeroką linię namalowaną na posadzce sklepu...tylko nie przekroczyć tej granicy, pilnuję się z całych sił...czuję kropelkę potu na czole,to nic...stoję pewnie,mam stabilne buty z nieco podwyższoną koturną  :))

Były już trendy na różne kwasy owocowe,koenzym Q,nasiona zbóż,itd,itp...teraz nie musimy szukać,wgłębiać się w skład,stajemy grzecznie przed półką z napisem 30+,50 + i już mamy podane na tacy.
Kiedyś tak sobie stanęłam przed półką 40+...wziąć-nie wziąć ,wziąć-nie wziąć ,rozglądnęłam się
podejrzliwie po sklepie, niczym agentka obcego wywiadu i szybko kolorowe pudełko powędrowało do koszyka...uff...udało się, nikt nie zauważył.Kasjerką nie będę się przejmować...


Producenci przekonują nas,że kremy są dobrane do wieku,ale tak naprawdę to my znamy swoją skórę...nie dajmy sie zwariować po prostu.:)
Moja Mama całe życie stosowała zwyczajny krem NIVEA, a skórę twarzy miała bardzo delikatną i mało zmarszczek.Typ skóry tak naprawdę dziedziczymy,a krem to tylko część pielęgnacji, powierzchownej zresztą,bo krem nie wnika głęboko w warstwy skóry,dlatego tak ważne jest na pewno jej nawilżanie od wewnątrz,bo najbardziej szkodzi ubytek wody.I o tym już bardzo dobrze piszą dietetycy.
Czyli WODA jest najlepszym kosmetykiem i WYPOCZYNEK.Wyglądu zmęczonej twarzy nie poprawi najdroższy kosmetyk.

No to idę się zdrzemnąć chwilkę...:-)




tak naprawdę,to najlepsze antystresowe kremy wyglądają tak:



zdjęcia z netu...


***

środa, 20 sierpnia 2014

nostalgia

Nostalgia - potocznie doskwierająca tęsknota za ojczyzną (krajem ojczystym), a także, tęsknota za czymś przeszłym, co utrwaliło się w pamięci  lub do czegoś, co wyobrażono sobie w marzeniach.
Tyle wikipedia. 

I właśnie mnie to nagle ogarnęło i trzyma. Tęsknię jeszcze za górami, urlopem i... za latem.:))
Lato jest, ale we mnie jest  już ta świadomośc,że...że  powoli odchodzi. Już to CZUC jakoś w powietrzu.
I  rzucenie sie w wir pracy wcale mi nie pomaga.:(
JESZCZE JEST LATO, a ja za nim już tęsknię.Jak w piosence- "im więcej ciebie tym mniej, bardziej to czuję niż wiem"...I tak dokładnie jest.

                                                              zdjęcie z netu




**************
muzyka...może nie na temat,ale...
za Paryżem tez tęsknię....



czwartek, 14 sierpnia 2014

Na rozstajach dróg...czyli o kapliczkach

Są wszędzie: na wsiach i ich skrajach, na polach otoczone zbożem, na łąkach wśród  polnych kwiatów, na skrzyżowaniach dróg ,w przydomowych ogrodach. Stanowią trwały element polskiego krajobrazu,stanowią według mnie jego niezaprzeczalną ozdobę, takie szczególne "perełki". Są znakiem wiary naszych przodków, a także świadkami wydarzeń historii. Niepozorne,a jednak nie można obok nich przejść obojętnie.Tworzą specyficzny klimat, kiedy zatrzymujemy się obok nich, klimat zamyślenia, skupienia. Trudno w sumie nazwać to COŚ co sprawia, że zatrzymujemy się koło przydrożnej kapliczki, nieraz krzywej, wtulonej gdzieś między drzewa na rozstajnych drogach.

Będąc w Zawoi, widziałam dość dużo przydrożnych kapliczek,wiele  znajdowało się  na prywatnych posesjach,w ogrodach, na rozstajach dróg.


To tylko niektóre...








Kapliczki często były podziękowaniem za cudowne wyzdrowienie ,za pomyślność, za ochronę przed kataklizmem - ognia, powodzi, wojny czy też chorób.Wiele kapliczek poświęconych jest Matce Boskiej,
w przydrożnych najczęściej umieszczano figurę Chrystusa Frasobliwego /uwieczniona ostatnia scena przed ukrzyżowaniem, kiedy Jezus,oddarty z szat czeka, umęczony i opuszczony/.
Był symbolem (szczególnie w środkowej i południowej Polsce), codziennych ludzkich trosk, kłopotów, ludzi osamotnionych w swoich problemach.

                                              zdjęcie z netu




***
Na rozstaju dróg,
gdzie przydrożny Chrystus stał
zapytałeś: dokąd iść?
frasobliwą minę miał.
Przystanąłeś więc,
z płaczem brzóz sprzymierzyć się
i uronić pierwszy raz
w czerwone wino łzę (w wino łzę).






poniedziałek, 11 sierpnia 2014

To była CHWILA...

Chciałoby się powiedziec :chwilo trwaj...ale niestety, chwila ma to do siebie,że jest ...chwilą :)

Nie zdobyłam Babiej Góry. Stopień trudności ,jeśli chodzi o trase z Zawoi, był dla mnie za wysoki.Chodzenie trasami górskimi to nie spacer...to raczej dobra gimnastyka, test na
wytrzymałośc,ale...stwierdziłam, że nie jest ze mną tragicznie.Zadyszka była, pot lał się strumieniami,ale
z każdym metrem byłam bliżej tej ...o której zdobyciu marzyłam.To dopingowało.Przeliczyłam się,przyznaję...sił zabrakło.Nie ja wybierałam trasy,bo nie znam okolic Babiej Góry.
Niemniej jednak,dotarłam do schroniska na Markowych Szczawinach, które jest jedynym najbliższym
Babiej Gory.Po 2 godzinach wejścia pod górę (dośc trudna trasa) - padłam...D.
A tam koło schroniska strzałki informują,że...dalsza trasa juz na Babią... 1,5 godziny. Było już tak blisko...i niestety...zrezygnowałam.

                                            częśc trasy

                                      na szlaku /Babiogórski Park Narodowy/


                             nareszcie można usiąśc , schronisko niczym oaza...

Ale przecież to nie koniec świata...Trasy biegły przez las, powietrze super, było naprawdę czym
oddychac...leśne strumyki szumiały płynąc z góry, z boku...pięknie po prostu!.





                                             leśny strumyk

                               też strumyk,ale fantastyczne są te "listki" nad strumykiem....

Można powiedziec, że odpoczęłam,ale czynnie, bo łaziłam...wspinałam się, łaziłam...i chyba mam objawy "niespokojnych nóg",bo kiedy siedzę albo leżę...te moje nogi jakby dalej chodzą.Coś z tym musze zrobic...muszę je jakoś zatrzymac,hm...

Co mogę jeszcze napisac?Może to,że pogoda w górach jest BARDZO zmienna,w ciągu krótkiego czasu potrafi się zmienic o 360 stopni.Babia Góra jest znana z tego, że często zasłania się chmurami,trzeba podobno miec wielkie szczęście,by dotrzec na szczyt i zobaczyc ją w słońcu...

Ja prawie codziennie widziałam ją ukrytą w chmurach,co za BABA!


Niemniej wiem, że  jest łatwiejsze dojście do niej...z przełęczy Krowiarki i czuję, że szansa jest...kiedyś :)))

***

coś optymistycznego,jeśli chodzi o muzykę :)



czwartek, 31 lipca 2014

tam, gdzie dwie BABY sie spotkają...

Już za parę dni,za dni parę,wezmę plecak swój...i gitarę...stop...wykreślamy gitarę,bo ja tylko podobno na nerwach gram najlepiej...D
Znamy tę piosenke wakacyjną...a ja sobie ją nucę,bo właśnie za pare dni biorę plecak swój...i jadę na parę dni TAM, gdzie kiedyś zatrzymałam swe marzenia...

Zdjęcie z netu w pełni oddaje piękno tego miejsca...które mam zamiar zobaczyć na własne oczy.

                                             Babia Góra

Czasem marzeniom trzeba pomagać, łapać pewne okazje.Ja złapałam, nie na długo,nie za drogo...ale i tak się cieszę.;-)


Nadszedł więc czas na odpoczynek...i przede wszystkim postanawiam sobie :

- NIE MYŚLEĆ o pracy /no dobrze, koleżance powiedziałam ,że jakby co niech dzwoni , jak BARDZO pilne/- obiecała, że jak będzie WIELKA premia,to napisze sms, no to mam to z głowy..
- MYŚLEĆ ale np.o tym, jaką trasę obieramy po śniadaniu...czy 3 godzinną,a może 5-cio?...to znaczy ze stanem mojej nogi, a raczej pięty "kowbojki" , to raczej trzeba COŚ  NIECOŚ dodać do czasu trasy by osiągnąć cel...ale zaparłam się...
- leżeć do góry brzuchem jak będzie na to ochota...
- łazić bez celu
- łazić do celu
- niedużo jeść  /jak wrócę do pracy mam usłyszeć,że ...o dziwo zeszczuplałam /
i takie tam...

A najważniejsze...budzić się co rano i widzieć...WIADOMO...:)



nie wiem dlaczego, ale ta piosenka w wykonaniu U.Sipińskiej zawsze mnie wzrusza.

***

a na wakacje utwór lekki i przyjemny, z dawnych lat...




Życzę Wam Wszystkim udanych urlopów, gdziekolwiek będziecie.:-)


sobota, 19 lipca 2014

Cierpliwość

Czy jesteśmy cierpliwi?
Cierpliwość to wielka cecha, ale cienka jest granica miedzy tą cechą a wybuchem agresji. Najgorsze jest to, że bywają ludzie, którzy wybitnie nas do tej agresji popychają, mają szczególny dar wyzwalania jej w nas.Oczywiście myślę tu o agresji słownej.
W filmach taki wybuch śmiesznie wygląda, ale w pracy znam taką osobę, no może nie tylko jedną, która POZORNIE jest w porządku, ale praca z nią to ciągła walka wewnętrzna ze sobą by nie wybuchnąć i jej nie udusić przy okazji...D
Tylko jakaś porcja lodów lub czekolady, ratuje sytuację...

Najgorzej jednak jest w rodzinach, gdzie starsze pokolenie bardzo chce być cool i trendy i młodsze pokolenie tego nie rozumie :D

sobota, 12 lipca 2014

zauroczenie...

Znalazłam całkiem przypadkiem w necie dwa piękne utwory, nieznane mi...

Piękny podkład muzyczny Ennio Moriccone idealnie tworzy tło dla pięknych strof.
Piękne zdjęcia...
Zauroczona klimatem , patrzę...słucham...
i jeszcze raz naciskam "enter"...







czasem warto wyciszyc się...przystanąc na chwilkę w tym zagonionym świecie, posłuchac ...





sobota, 5 lipca 2014

mój Kraków, rekreacyjnie :-)

Jak się nie ma co się lubi (na wakacje) ,to się lubi co się ma. A ma się w Krakowie dużo miejsc, które się naprawdę lubi, przede wszystkim docenia się te miejsca w lecie, kiedy jest pogoda i  można spokojnie zaplanować sobie wolny czas.
Jednym takim miejscem jest Kopiec Kościuszki, który góruje nad Krakowem z dzielnicy Zwierzyniec.Usypany został na cześc Tadeusza Kościuszki na Wzgórzu św.Bronisławy. Z samych datków wolontariuszy.


W 1846 r. terytorium Wolnego Miasta Kraków zostało włączone do zaboru austriackiego.
W latach 1850-1956 wokół Kopca Kościuszki powstał fort cytadelowy, przystosowany do samodzielnej obrony. Posiadał on m.in. 60 armat i haubic oraz 6 moździerzy, załoga fortu liczyła ponad 700 żołnierzy.

U stóp kopca, w pomieszczeniach dawnego fortu, znajduje się również siedziba Radia RMF FM i kawiarenka,w której można odpocząć po może niezbyt ciężkim podejściu pod kopiec, ale jednak cały czas pod górę...jakby na to nie patrzeć....P

Trasa powyższa, to oddalenie się od zgiełku miasta, to piękne widoki, to ciekawe obiekty po drodze.
Jednym z takich ciekawych obiektów jest kaplica św. Małgorzaty i Judyty na Salwatorze, którą mijamy idąc w górę.Śliczna kapliczka drewniana z XVII w.Jest ona także jednym z obiektów znajdującym się na Szlaku Architektury Drewnianej w Małopolsce.



Widoki ze Wzgórza św.Bronisławy są warte tego,by tam iśc....odpocząć.
Ten pas zieleni widoczny na zdjęciu,to Krakowskie Błonia.




a jak Błonia, to można też tak rekreacyjnie:)):



*****





sobota, 28 czerwca 2014

czasem trzeba cos wyrzucic z siebie...

Nie jest łatwo mieszczuchowi latem żyć w mieście, chociaż normalnie kocha się to swoje miasto.
Nie lubię narzekać, ale teraz sobie właśnie powyrzucam tu...małe co nieco, bo jak  kiedyś Jerzy Stuhr śpiewał - "czasami człowiek musi, inaczej się udusi". :)
Dlaczego nie jest łatwo?ano dlatego, że trzeba pracować (zamiast leżeć gdzieś na plaży na egzotycznej wyspie), a żeby pracowac, trzeba dojeżdżać jakoś do tej swojej pracy...A miasto rozkopane,ciągle gdzieś remonty, ulice rozgrzebane, kładziony nowy asfalt, często zamknięty jest jeden pas ruchu.Samochody wtedy muszą jedną linią jechać, przepuszczając się nawzajem...a jak wiadomo, nie zawsze policjant kieruje ruchem (wtedy to dopiero są korki),a zasady kultury na drogach są różne...i wtedy to przepuszczanie aut z przeciwka trwa...i trwa...albo odwrotnie, to nas nie chcą przepuszczac i stoimy zablokowani, autobusy też.
Ponadto remontami zablokowane,zamknięte są  ronda, kierowcy wtedy szukają objazdów i kolejne korki na drodze...
Jak dojeżdżam do pracy 25 minut, to teraz-40-55.Wrrrr...
Potem trzeba odrobic spoźnienie, niestety.
Tak to teraz wygląda,ale...na pewno potem będzie lepiej, ładniej.Tak trzeba pozytywnie zakończyc to narzekanie...nie ma innego wyjścia.:))
Staram sie wcześniej budzik nastawiac,ale...jedna "drzemka" w komórce,druga"drzemka" dzwoni...dlaczego tak trudno wstać????

A na nerwy...spokojna muzyka. Prawdziwy przyjaciel.
TAKIEGO GŁOSU  i to w balladzie, miło jest posłuchać....





sobota, 21 czerwca 2014

zameczek

Niedaleko Krakowa, na wzgórzu w zakolu rzeczki Korzkiewki wznosi się zamek otoczony
XIX-wiecznym zespołem parkowym.

                                                     zdj.krakowianka

                                                              zdj.krakowianka
 Z zamkowego wzgórza rozciąga się widok na wieś oraz stojący na sąsiednim wzgórzu XVII-wieczny kościół parafialny. Cały ten teren należy do Korzkiewskiego Parku Kulturowego, a tak ogólnie, znajduje się on w krainie znanej i pięknej krajobrazowo- Ojcowskim Parku Narodowym.
Ciekawostka: utworzony w 1956 roku Ojcowski Park Narodowy obejmuje część Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej, a dokładnie Dolinę Prądnika oraz Dolinę Sąspowską. Jest to najmniejszy z polskich Parków Narodowych, jego powierzchnia wynosi zaledwie 2145 ha.

Początki zamku w Korzkwi sięgają 2. poł. XIV stulecia, kiedy na stromym wzniesieniu powstała wieża
mieszkalno-obronna otoczona kamiennym murem. Później zamek przeszedł w posiadanie Szczepana
Świętopełka z Irządz, by przed końcem XV w. stać się własnością bogatego krakowskiego
mieszczanina Piotra Krupki. /http://dnidziedzictwa.pl/zamek-w-korzkwi/



                                   zdj.krakowianka
Nie będę się rozpisywac, powiem tylko, że...nie jest to duży zamek, raczej zameczek, ale jest
uroczy, dobrze zachowany, co jest rzadkością na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, gdzie więcej jest
ruin zamków, niż samych zamków.
Wykorzystano to oczywiście turystycznie i znajduje się tam hotel, noc spędzona z duchami, Białą Damą,
bagatelka...ok,420 zł.:)) W sumie zamek to nie taki sobie zwykły hotel.
Oprócz tego organizowane są tam wesela,bankiety.
Jedynym minusem jest to,że nie ma żadnej kawiarenki,by spokojnie napic się kawy na dziedzińcu,
smakowac dłużej oczy widokiem, poczuc nastrój chwili. Rozglądnąc się za jakimś....rycerzem, ostatecznie jego giermkiem...:))
Zamek był zarezerwowany akurat na wesele, przygotowania trwały,dzięki temu nikt nie zwracał na nas
uwagi, kiedy poszliśmy zwiedzac w środku, mimo, że napis pod zamkiem brzmiał:
pomieszczenia zamkowe zamknięte. 
Dla kogo zamknięte,to zamknięte...pomyślałam...co zaszkodzi sprawdzic, najwyżej nas wygonią,to znaczy,wyproszą grzecznie:)






Do zamku wiedzie droga pod górę,ale dośc krótka. Łatwa do pokonania.
Oczywiście znowu dziwnej urody drzewo mnie zainteresowało...P


Za zamkiem  znajduje sie ulica Zamkowa, dośc szczególna...:))
W każdym razie bardzo przyjemnie jest nią iśc wśród pól.

                                            zdj.krakowianka




*************